ARTUR MACIAK

most

spina brzegi w podróż
wędrowiec przy starym brodzie
nie czeka odejścia pory deszczu
tu tańczymy kochamy się smucimy
czy spotkamy się na pewno
na tym z ulicy Mostowej
przez miasto jedna rzeka
a do siebie nam tak
jakby niezliczone były jej siostry
szukam mostu
w powietrzu samotności myślach
mostu na twoją
i moją stronę


zegarom mojego miasta

po ścianie klasztoru przesuwa się
cień słonecznego zegara
błogosławieni miłujący światło
albowiem oni posiądą radość

w Rynku pośród zagęszczenia zdarzeń
precyzyjna lampa czasu
niezależna od dnia i nocy
przez to jakby bardziej ponad nami
więc to nie my mamy czas
lecz on ma nas

ten z wieży dzwonnicy zatrzymał się
nie chce już szukać
dworcowy dla jednych za szybki
dla innych za wolny

błogosławieni którzy między
jednym a drugim spojrzeniem
na zegary mojego miasta
odnajdą swój czas
swoją koniugację
w prostej zależności od słońca


parkowa `84

do dziś pozostał tu ten sam niecierpliwy zapach dymu
grająca szafa snuje tę samą wiecznie zieloną muzykę
Wierwióra Dzida Jimi Grzechot
patrzyli w oczy tych którzy łykali trochę ciepła
przed ucieczką w drogę w wino
o zmierzchu piliśmy kawę by do świtu iść ku poezji
potem sny o skrzydłach

piszesz że jeszcze czasem dotykasz swoich pleców
może za dzień dwa...


jadącemu pociągiem przyjacielowi

na końcu peronu pisałem
pozdrowienia dla ciebie
podróżny ostatni Odys żeglarz
wchodził w podziemne przejście
ze świata dworcowego oczekiwania
w spełnienie miasta
tam przepowiadają o upadku Apollina
ja mimo to zastawiam sieci
nie szukam miejsca do zrzucenia kotwicy
jeśli czytasz tę kartkę to wiesz że jadę
zbieram mgnienia zdarzeń
noszę je ze sobą w podróżnym plecaku
wysypuję na stół o który opieram czoło
tu odpoczywam i opowiadam

łatwiej mi jest z opisanym światem


* * *

pięta jest poza kręgiem zainteresowań
współczesnej bitwy o Troję
Hektor posługuje się celownikiem laserowym
nie mierzy już w to miejsce
jego brat pracuje w reklamie
ciało mężczyzny i kobiety
rozłożył na procenty pożądania
dobry spot jest jak strzał
we właściwe miejsce osobę potrzebę i czas
Hektor najemnik walczy na Bałkanach
nad łóżkiem ma zdjęcie z bratem
na tle Akropolu
jego dziewczyna w liście pyta
ilu ludzi można zabić
by uwolnić dziesięć osób

zaskoczony w ostatniej akcji
uciekał i skręcił nogę
boli go ścięgno Achillesa


nietoperz

okna otwiera upalny ciężar nocy
w półśnie zapalone błyskiem luster światło
jest kołatającym się strachem - nietoperzem
który miota się w sieci odbić ultradźwięków
od nieprzyjaznego ciepła żarówki
ku rozszalałym ramom wietrznego tańca szyb
ani ja nie potrafię go wypędzić
ani on nie potrafi uciec

szczotką usztywniam kołatanie okna
gaszę światło kładę się spać
moja głowa uwięziona pod kołdrą
nie przeszkadza nietoperzowi
szukać wolności


* * *

przeciążone łodzie odbierają siły
plączą się wiosła
słychać stukanie burty o burtę
to niepokój przed zbliżającą się burzą
próba wydostania się z wieży Babel
w niezliczonej ilości głosów
rozumiemy tylko krzyk na moście Muncha
ostrzeżeniem znaczący hipnotyzujące wiry

karnawał zatacza coraz szersze kręgi
królową balu wenecka maska
czekam na Godota
czy szukam upragnionego przewodnika

najpierw powinienem nauczyć się oddechu
zdecydowanego wynurzenia głowy
bijąc na oślep w rzeczną mieliznę
dławiłem się mulistą odpowiedzią

w nauce pływania powinienem najpierw
przyjąć postawę wyprostowaną
stopy zdecydowanie oprzeć o skałę


* * *

dom mogę przenieść ci z ciszy
na wietrzne urwisko zachodnich huraganów
zaproszę na ucztę samotnych Don Kichotów
w starym młynie odczytam znaki
usypane z pyłu zmielonych ziaren
kroplami zielonych oliwek przemyję rany stóp
w patrzeniu w dolinę spotkania
jest wzajemne ochranianie się przed rozstaniem
mija lęk a ja zbyt często pytam się siebie
dlaczego milczę a nie dlaczego mówię

z absyd wschodzącego słońca
opada spokój błękitu
przenoszę go
w astronomię skrzypiec
w otwarte drzwi
w krajobraz po deszczu
w siebie