GRZEGORZ KARWOWSKI

Urodziłem się i przez 23 lata mojego życia mieszkałem w Przasnyszu. Mam do tego miasta wiele sentymentu i bez względu na to gdzie się znajdę mój mentalny dom zawsze będzie tutaj. Od 3 lat mieszkam w Warszawie, głównie ze względu na pracę, ale nie tylko. Dowiedziałem się jakiś czas temu od kumpla o istnieniu strony NOWKUR i pomyślałem, ulegnę zamieszczonej sugestii i dołożę swoje co nie co.

realizm

wieczorną porą już nie odpłyniesz
w blasku księżyca
lamp wszechświat buduje nocy cienie
czasem płatki twych ust
niespiesznych, niepocieszonych
całują krople deszczu
płynące chaosem z blaszanych parapetów

miasto wypluło cię podrzucając ze śmiechem
w rytm chodnikowych kroków

mleko, bułki i telewizor
pieniądze, pieniądze, pieniądze
chwile-ułamki etatów
gówno i niezapłacone rachunki
zbankrutowana samotność
kiedy marzenia nie istnieją
i powrót do domu nocą
gdy nic już się nie da powiedzieć


zostań

łąki zszywane motylami
przybijana kwiatem
i tak odległe jak wiosna na nich
spójrz w moje oczy i powiedz, że jest ci dobrze
chociaż głodem, bezdomnością i nocą
zimna i zawiedziona
opadając na deski sceny
może zaraz tam będziesz


***

utonąć w monotonności i poddać się fali

zapomnieć o tej historii
kolorowe jej treści czarno-biało myśleć

bujać samego siebie
jak wiatr drzew korony
w bezokoliczniku zdarzeń

stanąć w miejscu
i czekać i moknąć

nie można


***

Jeśli jest przeznaczenie to moim cierpienie
Może jestem szczęśliwy, ale tego nie wiem
Galaktyki poruszając delikatnym ruchem listka
Nie obejmę czarnych dziur co w mojej głowie mają przystań
Nie wiem nawet jak marzyć gdy już nic się nie zdarzy
Moje słowa najsłodsze ze słów kiedy kłamię
W serca wbijają cierń kiedy mówię prawdę
Jak nić szara na złotej tkaninie samotny i obcy
Przez niczyją rzekę płynę podniet tonącym parowcem


p.o.i.p.c.

gdy wieczorny zmierzch
oglądać zacznie wszechświat miasta
swoim ciemnym okiem
wszyscy niewdzięczni jak stada wron rozlewają się
lecz zamiast szumu skrzydeł
słychać ciężkie kroki
wygłodzeni, samotni,
choć co dzień razem w bramie
pieniądze na chleb wymieniają
za duchową strawę


Inni to samo czując

Chociaż odeszłam
lecz w twoich snach wciąż jeszcze jestem
Zrób coś ze sobą bym tam nie była,
Znienawidź mocniej bym uwierzyła,
że ja to nie ty,
że się skończyło
albo, że nigdy się nie zdarzyło

Za dnia nie myśląc
lub się starając
Gdy noc głęboka i twoje ciało
i wszystkie myśli
zmysłem stęsknienia
w niemoc spełnioną i śpiącą,
wracają, swym niepokojem zespalając nas tak mocno

I niepojęte staje się po przebudzeniu
jak coraz mniej jesteś,
jak wiele nas dzieli...


Ostatnia

czeka cierpliwie
cały czas w jamie nerw
czasem szarpie się mocno
często cicho gdzieś
przyczajona plany snuje,
czeka, aż popłyną łzy
ukradkiem wtedy maluje
o żyletkach sny,
pistoletach, prochach, mostach i wieżowcach
o kamieniach na dnie morza na szyjach,
o sznurach i oknach
bolesnej świadomości kochanka zdemoralizowana,
cicha, lekka i swawolna
absurdalnie prowokowana
staje się wszystkim
gdy wszystko traci sens


Wiedząc

Chcę być
stadem słoni żyjących na wolności w Polsce,
stukilometrowym drzewem,
czarnym słońcem
Tego nie ma
...może jeszcze szczęściem