Krzysztof Włodzimierz Turowiecki Rys. Milena Jastrzębowska

KRZYSZTOF TUROWIECKI

Urodził się 3 sierpnia 1957 roku w Przasnyszu. Debiutował w prasie w 1977 roku.
W 1982 roku Klub Literacki "NAREW" wydaje zbiór jego wierszy pod tytułem "PO
ŻYWĄ WODĘ". Utwory znalazły się również w Peryferyjnym Almanachu Literackim
noszącym tytuł "WYRÓB WŁASNY" i wydanym przez Miejski Dom Kultury w Przasnyszu
w 1983 roku..
wyrób własny po żyw‘ wodę

KWIATKI POLSKIE

Idą z roboty
opuszczone łby
szare gęby
pocharatane w strzępy marzenia
wymanewrowani
zrezygnowani
psują całą wiosnę


O PRZEMIJANIU

Co roku to samo
sieje się
cieszy się
czeka się
tak samo


MOJA MŁODOŚĆ

Moja młodość to nadzieja
i bunt
opornik w klapie
walka Dawida z Goliatem
słowa miecze
dziś tylko słowa
krew poległych przelano na konta
a druga młodość
ta w nic nie wierzy


O NADPRZESTRZENI

nauczono mnie liczyć tylko do trzech
byłem
jestem
będę


WIERSZE

Siadam
i przylatują
całe stada
kręcą się niedookreślone
wtedy wyciągam rękę
daję im znak
że wiem którędy wychodzi się na świat
czasem wychodzą
wiedzione złudną nadzieją na byt


FIOLETOWE ANIOŁY

Nie pamiętają wczorajszego dnia
łażą po mieście
dokonują cudów
zamieniają słoninę w wino
potem ziemia odpada im spod ostrożnie stąpających stóp
pozbawione ciężaru życia
mogą latać


ZOMBI

Fani wielkiego brata są martwi
oddychając zachowują pozory
leżąc pod kloszami swoich M
chłepcą życie przeciekające przez szklane filtry kineskopów
nie odkyrwają tajemnic zza progów
wymieszani z iluzją
niespodziewanie umierają naprawdę


* * *

Dni zdychają mi w ramionach
niedopieszczone
zwijam je
siebie
w szare kuleczki
obciążam kamykami i topię
potem żałuję
wyławiam nadgniłe szczątki
lecą przez palce
nie ma mnie wczoraj
ani dziś
może jutro


NA TOPIE

Leżę z łokciami na stole
w królestwie MAC DONALDA
czekam na początek nowego świata
obwieszczany w kolorowych tygodnikach
nie tęsknię
obłożony farszem z pieczarek
bezkrytycznie otwarty na nowe
rozprawiam o wyższości buły
nad bułą
douczę się angielskiego
rozewrą się wrota nieba
będę bogaty
i pewno nieśmiertelny


MATKA

Kiedy pada deszcz
matka umiera
opowiada starymi wargami
sny z nieboszczykami w rolach głównych
kołysze się na brzegu łóżka
czeka
gdy zaświeci słońce
sunie do szafki po nasiona
pochyla się nad grządką
i przebija serce znienawidzonej starości
zielonymi kiełkami pietruszki


PAPIEROWY IKAR

Rozpaczliwie rzuca się w próżnię
chwilę trzepocze nad miastem
spada na pysk
i zdycha
trzymając wiersz rozpostarty jak skrzydła


ŚWIAT 2000

To ten sam świat
wołki ryczące u woza
i terminale
łase na nowych podróżnych
to ten sam człowiek
zdolny zabijać
i kochać
te same wojny
zbędne cmentarze
gęsto rozsiane po ziemi
nic się nie zmieni
nic się nie zmieni
tylko kalendarz
nową pokaże nam datę
nowe miłości
i nowe śmierci
nic się nie zmieni
weź w rękę szkiełko
niech słońce muska ci włosy
niech śpiewa ptak
niech tańczą pszczoły
w białych koronach jabłoni
nic się nie zmieni
nic się nie zmieni


MOJE MIASTO

Mówi się że miasto śpi
ale nie śpi
czeka
na cud
lub śmierć
ludzie w jamkach mieszkań
rozprawiają o pełni życia
nie mogą się porozumieć
telewizory grają zbyt głośno
w sieni przeciąga się leniwa destrukcja
bieda piszczy w kominie
po pustych ulicach klekoczą kołatki
wóda zasmarkaną chustką
ociera łzy rozbeczanej duszy
święcą się święta
szarzeją codzienności
bez początku i końca
rozciąga się miasto
zdrewniałe jak jaszczurka zimą
wchłania mnie
i jestem miastem
nocami
w świetle ulicznych latarni
oglądam fotografie z Paryża
poszukuję podobieństw
śladów tańca na moście
rankiem
dzwonię jak dzwony kościelne
tysiącem herbat z cukrem
pozwalam napawać się nadzieją
gałązkami ściętych brzóz
zacieram ślady wczorajszej statyki
drobnych kmiotów wbijam w garnitury
zbroję w piecząchy
odziany w sarkastyczny uśmiech
zamykam oczy
nie patrzę na ignorancję
cierpliwie czekam
na cud
lub śmierć
nie wyjadę
nie ma dokąd uciec