MARIUSZ POLAKOWSKI

Urodziłem się 27 lat temu w Przasnyszu.
Najbardziej jestem przywiązany do poezji. Myślę, że w wierszu potrafię najwyraźniej powiedzieć, o co mi chodzi. Piszę też teksty satyryczne (założyłem właśnie z przyjaciółmi kabaret literacki), limeryki i opowiadania fantastyczne..

Czasami zdarzy mi się też popełnić "dzieło" nie mające nic wspólnego z literaturą. Najczęściej jest to satyryczny rysunek albo krótki komiks o Kfadratach (których istnienie właśnie ja odkryłem!). Zbudowałem też planszową grę strategiczną na podstawie "Władcy Pierścieni" Tolkiena, ale że nie mam żadnych praw do imion własnych i innych elementów świata opisanego w książce, więc nie mogę na tym zbić majątku. Nawet, gdyby było to możliwe. Gra się jakimiś dwustu postaciami (w skali 1:72) na wielkiej, trójwymiarowej planszy, tocząc wojenną batalię na lądzie, morzu i w powietrzu. Na rozgrywkę potrzeba tygodniowego urlopu.

Głęboko wierzę, że sztuka nadal się dla ludzi liczy. Nawet, jeśli oni nie zawsze sobie to uświadamiają. Słyszałem właśnie w radiu słowa, które wypowiedział nie artysta, ale człowiek z zewnątrz, profesor astronomii. Powiedział on, że jeśli coś nas odróżnia od zwierząt, to tylko sztuka! Dziś już wiemy, że zwierzęta używają narzędzi, że żyją w społeczeństwach podobnych do naszego, że mają swoją prymitywną kulturę. Pozostaje więc tylko sztuka, która jest zdolnością do dostrzegania piękna, połączonego z twórczym niepokojem charakterystycznym dla plastyków, literatów, naukowców i teologów (wszyscy oni uprawiają "sztukę").Ten profesor, wracając po tej filozoficznej dygresji na własny grunt, zakończył swój monolog takimi słowami: "...I tylko człowiek chce wiedzieć, co jest dalej, tylko człowiek patrzy w niebo. Wszystkie zwierzęta patrzą zawsze pod nogi."

UCIECZKA Z
NEANDERTALU

Przasnysz 2002


HELIKONIA

Pałacowy parkiet (sprane wielokąty
mozaiki imperialnej w dwugłowe orzełki,
pod pachnącą kopułą ukłonów menueta)
posiada także swą egzotykę:
Wyspę Poetów, ukazem Apollina
na prośbę Muz zmontowaną z wiatru i kartonu.

Oto Helikonia - kształtna republika.
Ze swiomi gmachami, małymi kopułami
(a każdy wieczór autorski ma swoją).
Z małym jeziorkiem w atrium pośrodku,
gdzie na plażach, pod kocami w kratę i słonie,
leżą chorzy na płuca chłopcy z kilku krajów
ucisku klasowego - marli bezpotomnie
tam. A tutaj mają wreszcie własne tomy.

Właściwie w republice jest niewielu zdrowych.
Jedynie mistrzowie klasyki... I oni to właśnie
zasiadają w biesiadach małego parlamentu.

Na obrzeżach kraju rozsiane są obozy
pracy i zagłady, gdzie srodzy żandarmi
palą rodziny, bliskich i przyjaciół
wybranych twórców, którzy co niedziela
przyprowadzani są pod ogrodzenia.
Tam naznaczani piętnem bólu i współczucia.

Inni, którzy opiewać mają potęgę miłości,
wianki z mleczów i świeczki sobótkowych harców,
znają dobrze drogę do przytulnych domków
rozsianych pod palmami ogrodów botanicznych,
gdzie pachną (jakże czule!) łąką morskiej trawy
rozwarte uda nieletnich bachantek.

Ci, pochodami kwiatów, wracają nad ranem
Bulwarem Cyganerii, wywołując z okien
(wiecznie zasłoniętych) poetów najmniejszych:
generalissimusów przykutych do krzeseł,
których dzieła wszystkie, ostatnio wydane,
złożone są na biurkach poplamionych kawą.
Na tomach telegramy z ostatnich tygodni.
Większość do tych z ulicy - one tu poleżą.

Ci w kwiatach mają zostać mistrzami Nadpieśni,
więc nie w porę za granicą umarły im matki.


RAPORT ASTRONOMA

Dotarłem nareszcie na szczyt
starty
do poziomu morza.
Ni śladu po stożku wulkanu.
Kurzem przykryte stoki.
To główny argument tych
co twierdzą, że świat już się przeżył.

Momenty takie jak ten
często spadały na ziemię
z furią.
Płonące kamienie wystrzeliwały w niebo.
Dziś spokój
lecz tamci próbują
wulkan zastąpić kometą.
Parę tysięcy lat temu
rozpruty ptak Laridae
rzucił cień Apokalipsy
skrętem sczerniałych kiszek.
To główny argument tych
co wiedzą, jak przeżyć śmierć świata

Straszono więc
niedowiarków
wypatroszonym ptakiem
straszono wypatroszonymi jak ptaki
niedowiarkami.
Dziś spokój
lecz tamci próbują
wnętrzności zastąpić słowem.

Jednak ze szczytu potwierdzam:
Końca świata nie będzie!

Bo wczoraj najnowszą lornetą rozpruliśmy brzuch Orionowi,
gdzie czarne kloaczne dziury zwiedzają po zmierzchu anioły.
Już jutro poczują w odbycie ogarek niewielkiej soczewki
i - według wszelkich obliczeń - wyrazić mają swój zachwyt.


WZGÓRZA

Zawsze ku Wzgórzom biegłem,a za nimi
były krainy już d a l e k i e.

Nie wytępione jednorożce,
nie powieszeni skrytobójcy
i niewysokie śniade dziewki.

A gdy przejść siedem i pustynię,
i jeszcze siedem strug przepłynąć,
można - mówili - znaleźć Szczęście
i poznać Czar rządzący światem,
Końcem nareszcie się nasycić.

Zawsze ku Wzgórzom, choćby uchem jednym,
biegłem tutorom oddając to drugie.

Uprzejmie tkwiące razem z okiem
w połowie drogi do okolic
płaskich jak Wywód Prawdziwości.

A pół mnie o krótką chwilę marszu
od cienia stało wniebowzięte,
w chłodzie oddechu czerpiąc miętę
haustem potężnym jak huragan.

Zawsze ku Wzgórzom, jak pies wierny, chociaż
potoki bydła wabiły krwią ciepłą,

mgły się z nad dolin podnosiły słodko
księżyc na srebrze grał gwiazdom idiotkom,
kładły się róże gotowe na ubój.

Śpiąc w drodze krótko straciłem rachubę
dni jak blacha odpadłych od mojego karku.
Ostatnie ognisko dziś gasząc nad rzeką,
w ostatni już bieg ruszyłem ku Wzgórzom.

Zawsze ku Wzgórzom biegłem, a one
z każdym dniem bliżej, bliżej. Za daleko.


OCEAN

Żeglowałem dniami. Od przetarcia oczu
do zatarcia wrażeń jeden był ocean.
Potem noc tak wielka, jak port, a ja jak mały
Szczur, co właśnie wilgoć śmierci nosem poczuł.
Gdy minęła, już nowy układałem pean.
Jeden był ocean. Fale zatapiały
każdy promień słońca, co na wodzie spoczął.

I z każdej godziny wyrastało drzewo,
ocieniając wyspę, której nigdy jeszcze
(wierzyłem, że i potem również) nie widziałem.
I każde popołudnie spadało z ulewą
o nieznanym smaku, co sprowadza dreszcze
na duszę, tak, że trzeba zasłaniać ją ciałem.
Płynąc tam, gdzie tonie w oceanie niebo.


NOC W KATEDRZE

Złote aureole ikon, te niepozorne opłatki
rozklepanego złota, cieńsze niż włosy anielic,
spadają nocą na ołtarz. Ciężko. Słońcem do Bieli.

A na zszarzałym odwrocie, spękanej skorupie tacy,
leżą owoce głodnej, płodnej sprawiedliwości:
okruchy bólu i skrzepły strach obrazoburców.

Wtedy zza śladów pędzla, więziennych krat kreacji,
modlą się święci w purpurze, co im wypełzła na twarze.

Do Absolutu Pozłoty, do Przenajbielszej Pracnoty,
Ostatecznego Tematu i Jedynego Schematu.

Podwieszonego do krzyża skrzypiącej Architektury.


ALICJA W KRAINIE CZARÓW

Tata siedzi w fotelu z poderżniętym gardłem
Śni mu się na obiad orientalne danie
w okrągłą rocznicę pradawnych zaślubin.

Brat w hamaku miłość znosi jak malarię.
Pod ręką przebite kukły konkurentów,
a nad nimi zapach kiełków bambusowych.

Lecz naczynia w zlewie opikietowane.
Mama list poważny złożyła pod lampą.
Siedzi w Monte Carlo czesząc czarne włosy.

Wyjdź bez powitania, wracaj tam skąd przyszłaś.
Wróć gdy już się ockną, cicho zdejmij buty,

nie odwracaj głowy i nie odpowiadaj.
Ty przynajmniej jedna - nie śnij. Bo się spełni.


NIE RADOŚĆ

Na starość śmiech bezzębnych szczęk
i suche palce nie w takt klaszczą
w kącie zza szybkich bałałajek.

A teraz w głowie tańce śmierci,
psalmy odwrotne, żywym - treny,
na cytrę, flet i parabellum.

Na starość twardy ludzki paluch
muchę tratuje bez afektu
(bo nie wie mucha co jest sacrum).

A teraz święty żuk, jak góra,
przyciąga gniew. Łamie kończyny
tłum nieuważnych alpinistów.

Teraz czerwono płoną nagie ręce.
Jutro będą w twarzy, a powód t e n s a m.

Na starość ciepło baby w kształcie chleba
piekącej ciastka wynędzniałym wnukom
(za ścianą słychać ten ich dans makabr).


OKOLICZNOŚCI BREUGLA

Ten, który chodził z otwartą raną,
wszedł na sztandary. Jasnych chorążych
cień na chałupy padł. Wniebowstąpił
lud nosząc muły i piekąc cegły.
Nimi spasiona skoczyła ściana.
Dwa wieki jeszcze lot trwał stu przypór,
Aż lęk zapłonął, że takie echo,
a w szkiełkach okien zakwitł Raj w kwiatach,
Pańscy Anieli!

Ze słońcem razem tonąc w półmroku,
barczysty oracz siorbie owsiankę.
Na horyzoncie płonie Notre-dame.
Albo... stóg paszy. Zły to znak byłby:
przyszłego głodu. "Lecz póki życia
starcza, a w domu żona jak baszta
podparta stoi, dwoi się, troi
(baba uparta!), Bądź Pochwalony
Panie za dary, które stworzyłeś Ty,
a ja jadłem, piłem, trawiłem,
wiłem się. Amen!"

Ogień dyskretny zżera Ikara
pomiędzy słońcem dnia następnego,
a chłodnym morzem. Ciepława ziemia
pachnie jak co dzień - wróżąc urodzaj,
bo nie stóg spłonął wczoraj, lecz cegła.
Szepcząc pod nosem: "Uchowaj Boże"
już nie odwróci głowy tam oracz,
gdzie się dopala żywa pochodnia.
Na horyzoncie zobaczyć można
co dzień mór, wojnę, piorun i pożar.
"Od czego chronić skromny dom racz mój
Boże Trzech Imion, Stu Imion Święci!
Katedrę nową zaś się wyświęci.
Na Twoją chwałę i pokój duszom
tych, co upadli."


POLOWANIE NA SKÓRY

Ależ ma Pani piękne to futro!
Dziki kot jakiś... Pewnie ludojad!

Och! Ludojada okryta skórą
Straciłam głowę, Kochana Moja!


Ależ je Pani potrafi nosić!
Nocą po lesie wył... Boże mój!

No! A do tego kolor paznokci,
Torebka! To taki kosztowny strój...


Ależ to wszystko pasjonujące!
Wyjadał niewinne pisklęta z gniazda...

Całkiem zgłupiałam! Ostatnie pieniądze!
Tam, na wystawie, błyszczało jak gwiazda!



MIESZKAŃCY ZAŚWIATÓW

Za mostem wiszącym na krawędzi spojrzeń
ślepców co się mają za synów proroka
wieczny kompilator wpółziszczone myśli
sen natychmiastowy wysyła na próbę:

Pod szczudła wbite w ameby
o dumnej liczbie 2
wpycha mu kulę chropawą
z niedopalonym lontem

I toczy ją po podwórzu
goniąc psów gwiazdozbiory
po śniegu anielsko białym

A kiedy zmarzną mu stopy
sine burzowe chmury
zostają nad mgłą Stworzenia

Chwyta kometę ostrza
i struga przy piecu bogów
którzy śnią mu się po nocach:

Zdobywców kosmicznej zimy
jak świecą im głowy w nimbach
tych nie odkrytych gwiazd

Jak niemal
dotykają świętości


P I E Ś Ń   O   Z M I E R Z C H U

Ten motyl broczy aksamitem,
na który woła złotym głosem
dziewczynka w jasnych pantofelkach.
Na liściu gwiazdki - krople krwi.

Ten motyl broczy aksamitem,
ta tęcza skrzydeł tłucze co dzień
w szary kwiat lipy, woń popiołu.
Na liściu gwiazdki - krople krwi.

Dziewczynka zbiera palcem z kwiatów
po cząstce pyłku, cząstce krwi.
Tym podobieństwem nagle tknięta
wstrzymuje swój ostatni śmiech.

Kończy już się

Już ją przynieśli. Kule ziemskie
ócz bławatkowych, wiatry włosów
ptaki podbródka - stygną stygną.

Więdnie na marach nieruchomo
kwiat białolicy Czarnolasu.
Pod wieczór nie śpi nikt we dworze.

Ojciec przy lampce jęcząc kleci
Trumnę z litego oniemienia
Za dłuto mając tępy ból.

Kończy się dzień.

Noc jest królową. Paź królowej
na czarny tren jej sukni spada.
Słońce zachodzi - nie wybucha.
Pod cieniem łamią się gałązki.

Suknia szeleści słowikami,
Dokoła hrabstwa i baronie
poopuszczały w biegu głowy.

Dzikie roztocza są te kraje.
Szukają śmierci bez nagrobka
w tym mrocznym, cichym labiryncie.

I znajdą śmierć.


S Ł O W O

Nie cierpię tego słowa, zbyt mnie niepokoi.
Jest jak czarna dziura, odpowiedź na wszystko.
Ciągle słychać "tak" lub "nie" tych pięciu liter.

Pierwsza jednobrzmiąca jest, jak Dyktatura.
Szybko się wymyka zza wybitych zębów.
Sama jest jak słowo - równie ostateczna.

Druga doskonała, niczym Obłok świata.
Cała go wypełnia zdartą z niego skórą,
w którą można wepchnąć nicość lub absolut.

Trzecia z liter ciężka niczym epicentrum.
Tnie ów kamień słowa Batem warg wydętych
i podpiera obłok rządząc asymetrią.

Czwarta musi wybrzmieć. Ma swą Retorykę.
Ma moc podkreślania słów, skreślania istnień.
Jej się trzeba uczyć, ważyć autorytet.

Piąta i ostatnia nigdy się nie kończy.
Choć się tak wydaje ludzkiej ekonomii
słów. To wbity w ciszę niemilknący Okrzyk.

Nie cierpię tych liter, mogą podnieść cenę,
smak, wartość kamienia. Mogą zepchnąć w mięso
miraż człowieczeństwa, poprzeć to zarzutem.

Nie cierpię tego słowa. Ma żywotność Boga.
Odkąd się wymknęło brzytwie filozofów,
mnoży się jak jednokomórkowy byt.

Nie cierpię tego słowa, bo jest chmurą znaczeń,
bo ciągle jest drugie, ciągle dzieli w porcje
to, co oddzielone pierwszym słowem "człowiek".